trochę to jest tak, że tak bardzo się kocha swoje dziecko, że człowiek nie wierzy, że mogłoby go nie być.
im starsze dziecko, tym więcej wspomnień, emocji, planów, marzeń, wspólnego bycia.
jest strach, co chwyta za serce, gdy jedzie na wycieczkę, na obóz, gdy ma gorączkę, gdy nie odbiera telefonu...
tydzień przed szpitalem pozwoliłam Ari wyjść na podwórko popołudniu, miała wrócić za pół godziny i napisać mi sms. ja pojechałam do dentysty. gdy zeszłam z fotela i nie było sms, który tam już powinien być od prawie pół godziny, byłam cała zestresowana...
bo już się zrobiło ciemno, bo tam jeżdżą auta, bo może coś innego... telefon pozostawał głuchy... serce mi waliło, do domu kawałek.
szybko napisałam do sąsiadki, okazało się, że Ari jest z jej córką.
dziewczyny się po prostu zagadały...
i ten strach, który potem próbowałam Ari wytłumaczyć, że się o nią bałam.... to tak naprawdę było nic, jedno wielkie nic, do tego jak bałam się potem w szpitalu.
jednak w tym całym szpitalnym strachu, gdy po tygodniu uświadamiasz sobie, że nie jesz i nie śpisz od 7 dni jest nadzieja.
wiara, że się uda, że przecież to jest niemożliwe, że dziecka może nie być.
myślę, że mózg wypiera taką możliwość do samego końca.
poza tym nie ma możliwości wyobrażenia tego, co się dzieje po stracie dziecka...
więc rodzic walczy.
ja walczyłam i te inne matki, które poznałam też.
mówili mi, że coś gorzej-ja znalazłam jeden parametr, co się polepszył.
mówili, że trzeba dużo krwi, żeby przeżyła- ok, załatwiłam krew.
mówili, że trzeba zrobić tracheo, ok, róbcie, pod łańcuszkiem nie będzie widać blizny.
straci włosy po chemii, spoko, ja też się zgolę na zero, żeby było jej raźniej.
że brak odporności po leczeniu, siedziałam na grupie i czytałam, co piszą inni rodzice.
jak przystosować dom,
myślałam jak zrobić, żeby nie miała zaległości w szkole,
żeby się nie nudziła jak już będzie w pełni świadoma, ona przecież zawsze taka aktywna,
kombinowałam na za ile przełożyć nasze plany i wyjazdy, bo przecież w końcu wrócimy do domu i normalnego życia...
nawet w ostatnią noc, gdy znałam wynik tomografii, do 4 rano szukałam neurochirurgów, żeby skonsultować jej stan i jednocześnie szukałam sposobów i rehabilitacji, by "wyprowadzić" ją z ewentualnych niedomagań.
cały czas wierzyłam, że nam się uda, że za dwa może trzy lata pojedziemy na zawody rowerowe, na ściankę, na biegi....
a potem nagle jest takie trach.
nie ma Ariadny.
nie ma strachu.
nadzieja eksploduje.
wychodzę ze szpitala i nie ma tam nic.
pusto.
nie ma ludzi, nie ma miasta, nie ma dźwięków.
zupełnie jakby wybuchła bomba jądrowa i zmiotła wszystko z powierzchni ziemi.
nie ma nic.
stoję sama na środku.
ta straszna cisza wżera się w mózg.
i nigdy już nie zostanie przerwana przez "maaamooo"
serce tak boli, fizycznie, że nie można oddychać.
czarna dziura wciąga cały sens wszystkiego.
a w całym domu buty, zabawki, gry, ubrania, szczoteczka do zębów, frotki, lalki, torebeczki, zdjęcia, plecak szkolny, malowanki.....
czarna dziura.
i jest głębsza i bardziej czarna niż ta, o której mówił Stephen Hawking....
mózg rodzica, mózg człowieka nie jest w stanie sobie wyobrazić takiego bólu, bezradności i nicości.
mówienie mi, że muszę żyć dalej... no żyję.
ale mój świat wygląda teraz tak:
[grafika ze strony http://www.insomnia.pl/]
a mówią mi to osoby, które wstawiają zdjęcia swoich dzieci, opisując je dumnie...
ja trafiłam w inny wymiar, gdzie jestem sama.
a reszta świata radośnie żyje dalej i wiem, że nikt, kto nie stracił co najmniej kilkuletniego dziecka tego nie zrozumie.
i życzę Wam wszystkim, byście nigdy mnie nie zrozumieli.
im starsze dziecko, tym więcej wspomnień, emocji, planów, marzeń, wspólnego bycia.
jest strach, co chwyta za serce, gdy jedzie na wycieczkę, na obóz, gdy ma gorączkę, gdy nie odbiera telefonu...
tydzień przed szpitalem pozwoliłam Ari wyjść na podwórko popołudniu, miała wrócić za pół godziny i napisać mi sms. ja pojechałam do dentysty. gdy zeszłam z fotela i nie było sms, który tam już powinien być od prawie pół godziny, byłam cała zestresowana...
bo już się zrobiło ciemno, bo tam jeżdżą auta, bo może coś innego... telefon pozostawał głuchy... serce mi waliło, do domu kawałek.
szybko napisałam do sąsiadki, okazało się, że Ari jest z jej córką.
dziewczyny się po prostu zagadały...
i ten strach, który potem próbowałam Ari wytłumaczyć, że się o nią bałam.... to tak naprawdę było nic, jedno wielkie nic, do tego jak bałam się potem w szpitalu.
jednak w tym całym szpitalnym strachu, gdy po tygodniu uświadamiasz sobie, że nie jesz i nie śpisz od 7 dni jest nadzieja.
wiara, że się uda, że przecież to jest niemożliwe, że dziecka może nie być.
myślę, że mózg wypiera taką możliwość do samego końca.
poza tym nie ma możliwości wyobrażenia tego, co się dzieje po stracie dziecka...
więc rodzic walczy.
ja walczyłam i te inne matki, które poznałam też.
mówili mi, że coś gorzej-ja znalazłam jeden parametr, co się polepszył.
mówili, że trzeba dużo krwi, żeby przeżyła- ok, załatwiłam krew.
mówili, że trzeba zrobić tracheo, ok, róbcie, pod łańcuszkiem nie będzie widać blizny.
straci włosy po chemii, spoko, ja też się zgolę na zero, żeby było jej raźniej.
że brak odporności po leczeniu, siedziałam na grupie i czytałam, co piszą inni rodzice.
jak przystosować dom,
myślałam jak zrobić, żeby nie miała zaległości w szkole,
żeby się nie nudziła jak już będzie w pełni świadoma, ona przecież zawsze taka aktywna,
kombinowałam na za ile przełożyć nasze plany i wyjazdy, bo przecież w końcu wrócimy do domu i normalnego życia...
nawet w ostatnią noc, gdy znałam wynik tomografii, do 4 rano szukałam neurochirurgów, żeby skonsultować jej stan i jednocześnie szukałam sposobów i rehabilitacji, by "wyprowadzić" ją z ewentualnych niedomagań.
cały czas wierzyłam, że nam się uda, że za dwa może trzy lata pojedziemy na zawody rowerowe, na ściankę, na biegi....
a potem nagle jest takie trach.
nie ma Ariadny.
nie ma strachu.
nadzieja eksploduje.
wychodzę ze szpitala i nie ma tam nic.
pusto.
nie ma ludzi, nie ma miasta, nie ma dźwięków.
zupełnie jakby wybuchła bomba jądrowa i zmiotła wszystko z powierzchni ziemi.
nie ma nic.
stoję sama na środku.
ta straszna cisza wżera się w mózg.
i nigdy już nie zostanie przerwana przez "maaamooo"
serce tak boli, fizycznie, że nie można oddychać.
czarna dziura wciąga cały sens wszystkiego.
a w całym domu buty, zabawki, gry, ubrania, szczoteczka do zębów, frotki, lalki, torebeczki, zdjęcia, plecak szkolny, malowanki.....
czarna dziura.
i jest głębsza i bardziej czarna niż ta, o której mówił Stephen Hawking....
mózg rodzica, mózg człowieka nie jest w stanie sobie wyobrazić takiego bólu, bezradności i nicości.
mówienie mi, że muszę żyć dalej... no żyję.
ale mój świat wygląda teraz tak:
[grafika ze strony http://www.insomnia.pl/]
a mówią mi to osoby, które wstawiają zdjęcia swoich dzieci, opisując je dumnie...
ja trafiłam w inny wymiar, gdzie jestem sama.
a reszta świata radośnie żyje dalej i wiem, że nikt, kto nie stracił co najmniej kilkuletniego dziecka tego nie zrozumie.
i życzę Wam wszystkim, byście nigdy mnie nie zrozumieli.

Pani Basiu...wszystko co Pani tutaj napisała to najprawdziwsza prawda...okrutna, trudna do przyjęcia,ale niestety dziejąca się prawda, na którą zupełnie nie mamy wpływu choćbyśmy sprzedali duszę diabłu...😞 każda mama denerwuje się w czasie ciąży i porodu, a kiedy zobaczy swojego dzidziusia,że jest cały i zdrowy to uspokaja się...wydaje nam się wtedy jakbyśmy mieli już połowę sukcesu za nami...każda z nas denerwuje się potem latami tak jak Pani napisała...codziennie pouczamy nasze dzieci, żeby po ciemku nie wracały same, żeby nie rozmawiały z nieznajomym, żeby na rower zakładały kask itd...Ale nikt z nas nigdy nie dopuszcza do siebie myśli, że może wydarzyć się coś tak, okrutnego, niespodziewanego i zupełnie niezależnego od naszych codziennych pouczeń...myślę, że gdyby ktoś Pani powiedział chociażby w styczniu, że tak to się wszystko potoczy to w życiu by Pani w to nie uwierzyła podobnie jak każdy z nas... wyobraźnia ludzka chce wierzyć, że zawsze będzie dobrze, a przynajmniej wydarzy się coś na tyle złego, że damy sobie z tym radę...pamiętam Pani post o niedzieli, kiedy Ari była w szpitalu...jakbym dostała obuchem...zdałam siebie sprawę, że to cierpienie kiedy Pani patrzy na tą poranioną Iskierkę w szpitalu to jedno, ale to jak Pani wraca do domu ...sama mam dwie córki w tym wieku, bardzo je kocham obydwie, ale wiem, że kiedy starszą wraca że szkoły to pogada, pokręci się, ale potem zamyka się w pokoju i uczy, a to ta mlodsza 7-mio latka tworzy gwar do późnych godzin wieczornych...samo wyobrażenie sobie tej ciszy, kiedy by jej zabrakło plus ten dobytek, który posiadają te malutkie dziewczynki powoduje przerażenie...bardzo bym chciała żeby to Pani nigdy nie spotkało podobnie jak innych mam, które to przeszły...jest Pani bardzo mądrą kobietą i mam nadzieję, że nie przestanie Pani pisać... 😥
OdpowiedzUsuńBezsilność...to czuję. Nikt nie może pomóc,Człowiek, który tego nie przezyl nie moze wyobrazić sobie ogromu bólu. Brak mi słów.Przutulam
OdpowiedzUsuń"Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,..."
OdpowiedzUsuńNajdziwniejsze jest to,że świat się toczy, a powinien stanąć. Myślę codziennie przez co teraz przechodzisz i brakuje mi tchu w piersiach. Każdego ranka myślę, że to kolejny poranek w którym mierzysz się ze świadomością, że jej nie ma, że musisz wstać kupić trumnę, przygotować ubranko... Płaczę i serce mi pęka, a przecież to zaledwie namiastka bólu który czujesz, jedna tysięczna. To obłęd. Basia, nie pierdol się z tymi którzy Ci mówią, że musisz żyć. niech spierdalają.
OdpowiedzUsuńBasiu... 🖤🖤🖤
OdpowiedzUsuńBasiu przytulam ❤❤❤❤❤
OdpowiedzUsuńhttps://youtu.be/JxPj3GAYYZ0
OdpowiedzUsuńdziękuję.
Usuń